Słodkie dzieje. Z promilem w tle. (Część druga)

Pierwszą firmą, skupioną na produkcji i dystrybucji likierów, była Marie Brizard & Roger, powstała w 1755 roku. Wówczas to likiery nabrały słodkiego smaku i zaczęły raczej kojarzyć się z eleganckim trunkiem, niźli z leczniczą nalewką.

Choć rzekomą – „uzdrawiającą” – moc likierów wciąż podkreślano ziołowymi dodatkami – a to anyżem, a to dzięglem czy kminkiem, to i tak popularność alkoholu – zdecydowanie – rosła. Ponieważ zwykło się nim wznosić toasty na cześć ratyfikowania rozmaitych traktatów, przyjęła się potoczna nazwa likieru – „ratafia”. By specyfik ze szklanicy smakował należycie, macerowano w alkoholu miękkie owoce (np. wiśnie, agrest, maliny, truskawki), dodawano do tego destylat z promilami i przyprawiano ziołami. Nieco słodzono.

Na początku XIX wieku, gdy wojny napoleońskie przyczyniły się do wymiany doświadczeń kulturowych, likiery rozprzestrzeniły się po całej Europie. Eksperymentowano z różnorodnymi przepisami, mieszano składniki i zwiększano lub zmniejszano zawartość alkoholu.

I tak, powstały wielkie firmy, produkujące wyborne – unikatowe likiery: Benedictine, Cointreau, Marnier-Lapostelle, Burton, Drambuie oraz słynny Stock. Kilkaset lat temu likiery nosiły piękne – dość romantyczne nazwy: „Róża bez kolców” (Rose without Thorns), „Zakazana miłość (Illicit Love), „Im dłużej, tym lepiej” (The Longer the Better).  Wszystkie te subtelne określenia miały skusić nowych odbiorców (właściwie: nowe odbiorczynie) owocowych alkoholi. Po trunki te – z chęcią – sięgnęły kobiety. Dla nich specjalnie, całkiem niedawno, stworzono np. likier kokosowy.  Po dziś dzień ma on umilać paniom spotkania, zastępować drinki, wprowadzać imprezowiczki w radosny, pozytywny nastrój.

Dodaj komentarz